Przyjechałem do Beogradu (Belgradu) z samego rana. Za mną była całonocna podróż autobusem znad czarnogórskiej Boki Kotorskiej. Teraz tylko trzy godzinki czekania na autobus do Vrszacu przy granicy Serbii z Rumunią. Cel: Dani Berbe Grożdża, czyli festyn z okazji dni zbioru winogron. Podróż jak to podróż, w końcu wysiadam w centrum miasteczka. Ulicami przewalają się tłumy mniej lub bardziej rozochoconych trunkami ludzi. Wzdłuż głównej, odchodzącej od rynku ulicy rozstawili się lokalni winiarze i producenci rakiji. Z win króluje biała Smederevka i czerwony Vranac, oprócz tego posmakować można różnorakich odmian rakiji: i od voća (owocowej) i lozowej, czyli samogonu z winogron- oczywiście wszystko domacze (domowe). Rzucam się w wir oglądania i konsumowania. Co stragan uśmiechają się do mnie coraz to różniejsze butle- ilości degustacyjne, to znaczy szklanka wina lub kieliszek czegoś mocniejszego- są za darmo; ilości do kupienia zaczynają się od litra, nikt nie bawi się w drobnicę. Chciałbym zabrać jak najwięcej do Polski, lecz niestety przepisy celne Jewrosojuza są drakońskie: spoza Unii tylko litr spirytualiów i trzy litry wina. Na jednym ze stoisk pytam o możliwość przelania płynu do półlitrowej butelki. Sprzedawca patrzy na mnie dziwnie, lecz idzie poszukać małej butelczyny. W końcu udało mu się znaleźć plastikową buteleczkę od coli, nakleił na nią nawet swoją etykietę, sądząc po wyglądzie zaprojektowaną własnym sumptem i wydrukowaną na domowej drukarce. Idę dalej, choć wzrok coraz bardziej mi się rozmywa i nogi jakby giętkie, dzielnie degustuję na każdym ze stoisk. Upał jest niemiłosierny, prażące słońce nie sprzyja pozostawaniu trzeźwym. Na końcu ulicy zaczyna się część multihandlowa, czyli budy z całym tym festynowym badziewiem. Chcesz kupić ikonę ze świętym?- proszę bardzo; a może wiatraczek na kijku, balonik dla dziecka lub środek „protiv mrova a buba”, który ponoć doskonale wybije insekty w twoim domu… W końcu natrafiam na wielkie stoisko gastronomiczne. Na rożnach obracają się prosiaki, chcesz jakiś konkretny kawałek- to pan odrąbie ci go tasakiem. Ja decyduję się na pljeskavicę w bułce, czyli lokalną wariację na temat hamburgera. Dostaję do ręki bułkę z kotletem, dodatki wedle uznania nakłada się samemu z długiego rzędu miseczek. W końcu wracam w górę ulicy, gdyż czas już najwyższy na rozpoczęcie występów; chcę zająć dobre miejsce. Rozpoczyna się festyn całą gębą. Stoję sobie przy stoliku z dwoma starszymi panami, popijamy trunki wszelakie i oglądamy, co też ciekawego się dzieje. Ulicą przechodzą władze w świątecznych czapkach, działacze Banatskiego Zakonu Wina, później następują coraz bardziej kiczowate występy „artystyczne”. Mój starszy towarzysz mówi, żebym koniecznie wszystko nakręcił i pokazał w Polsce jak bawią się w jego mieście, także dzielnie filmuję. W pewnym momencie dwaj panowie starsi wyraźnie się ożywiają; ulicą przechodzi grupa ubrana w ludowe stroje, grając na tamburynach. Słyszę entuzjastyczny okrzyk: „To som nasi tamburasi”. Po godzinie parady, gdy już wszyscy maszerujący udali się „degustować” na stragany, zgromadzony tłum zafalował. Nad miastem latać zaczęły dwupłatowce, które zrzucały na ulice kiście winogron na małych spadochronach. Dalszą część obchodów pamiętam mgliście, więc spuszczę na nią zasłonę milczenia. Zaznaczam jednak, że udało mi się na koniec jakoś zygzakiem doczłapać się na dworzec kolejowy, skąd wróciłem do Beogradu.

© Michał Gumowski- blog podróżniczy Dwa Ślady