Słoweńskie wybrzeże Adriatyku

Słowenia linii brzegowej ma tylko (albo aż!) 23 kilometry… Po drugiej wojnie światowej północne wybrzeże Adriatyku podzielono pomiędzy Włochy a Jugosławię i dotychczas pozbawiona dostępu do morza słoweńska republika (wchodząca w skład Jugosławii) otrzymała wąski pas wybrzeża na południe od Triestu, który pozostał włoski.

Po dziś dzień- siedząc w kawiarence „Na końcu Świata” na pirańskim cyplu, wdzierającym się w Jadran- można jak na dłoni podziwiać panoramę włoskiego Triestu, zwieńczoną turkusową tonią Adriatyku.

Piran- nadmorskie miasto wina, psów i kotów…

Siedzimy w rzeczonej knajpce, popijając z kieliszków wino- rzecz jasna słoweńską malvaziję. Ze względu na mniejsze nasłonecznienie niż w pobliskim chorwackim Kvarnerze, słoweńska malvazija ma nieco bardziej mineralny aromat- co oczywiście nie umieniejsza jej wspaniałości w najmniejszym stopniu.

No nic, ostatni łyk wina dopijamy i trzeba się zbierać, znów zanurzyć się w plątaninę uliczek, gdzie można się i z powodzeniem zagubić- lecz na szczęście jakaś opatrzność sprawiła, że tutejsze koty i psy nic lepszego do roboty nie mają, jak wylegiwać się a to na kamiennych płotach, a to na ławeczkach przed domem, a to na dachach i to przez całe godziny nie zmieniając nawet pozycji, ot co jakiś czas poruszą tylko zwisającą łapką.

Tak więc na dobrą sprawę tutejsza fauna domowa służyć może nam za drogowskazy- idziemy najpierw uliczką czarnego kota dachowca, później skręcamy w wąskie schody, gdzie leży znudzony dalmatyńczyk i tak dalej i tak dalej pniemy się w stronę najwyższego punktu miasta czyli dawnej Iglesii- mówiąc z włoska jest to miejsce gdzie stoi kościół, a w Piranie to właśnie świątynia góruje nad starym miastem.

Nazwy tych krętych i wąskich uliczek na dobrą sprawę i tak są umowne- kiedyś nazywały się, jak się nazywały, teraz nazywają się inaczej. Jeszcze 75 lat temu ulice nosiły nazwy włoskie, w międzyczasie napisy zdążyły zmienić się na serbo-chorwacki aby wreszcie (kto wie na jak długo?) zostać zapisane po słoweńsku i włosku jednocześnie. Tylko koty i psy zostały jakby te same…

Piran- moje zauroczenie

Z wieży kościoła rozpościera się przepiękny widok na rynek starego miasta oraz targowisko a gdy wzrok da się ponieść skąpanej w słońcu, brudnopomarańczowej barwie dachówek, chce się zmrużyć oczy, by się to wszystko rozmyło, by człowiek uwolnił się od nadmiaru piękna i w tym zapomnieniu się nie skoczył wprost w krystaliczne odmęty Jadranu.

Chociaż i idąc schodami wieży ekstremalnych przeżyć nie brakuje, gdyż drewniane stopnie są tak strome, że jeden nieostrożny krok a człowiek sturla się na sam dół i będzie miał szczęście, gdy tylko połamie sobie ręce i nogi.

Zeszliśmy z wieży, by znów pochłonęły nas kręte uliczki i poniosły w stronę rynku. Za nami rozbrzmiał głos dzwonu… nigdzie tak pięknie nie słucha się bicia kościelnych dzwonów jak nad Adriatykiem a ze wszystkich miejsc, w których byłem, tylko w Piranie roznosi się ono tak donośnie.

W obrębie miasta zakazano bowiem całkowicie ruchu samochodowego dla przyjezdnych a i miejscowi mają możliwość poruszania się pojazdami mechanicznymi mocno ograniczoną…

My jednak już zmierzamy w stronę, gdzie za miastem zaparkowaliśmy samochód, jednak niesieni nurtem tłumu trafiamy do przeuroczej ulicznej knajpki, gdzie nie ma wcale kelnerów, a zamówione dania trzeba odebrać sobie samemu wprost z kuchni- dając muszelkę z naniesionym flamastrem numerem.

Jeszcze tylko małe zakupy na targowisku: czyli jedzenie dla kobiet i picie dla mężczyzn i już po kilku chwilach pędzimy bezpłatną komunikacją miejską, zatrzymującą się u wejścia do miasta, w stronę naszego auta…

© : Michał Gumowski – Blog podróżniczy Dwa Ślady