JORDANIA
Welcome to Jordan my Friend!
Część 2: Amman, Morze Martwe, Morze Czerwone

Pierwsze wrażenia ze stolicy

Renata:

Przylecieliśmy do Ammanu i pierwsze nasze kroki na jordańskiej ziemi to właśnie stolica kraju. Zakwaterowaliśmy się i wyruszamy na ulicę. Dzisiaj jest piątek, więc prawie wszystko jest pozamykane. Mamy kłopoty z kupnem czegoś do zjedzenia. Na początku zadowalamy się jeszcze ciepłym chlebem. Był pyszny. Ta stolica jest inna niż wszystkie, sprawia wrażenie ogólnej rozpierduchy, ale jednocześnie zachęca do jej odkrywania. Naszą miejską wędrówkę rozpoczynamy od dworca autobusowego – kupujemy bilety do Wadi Musa, a potem włóczymy się bez większego planu. Na ulicach spotykamy pasterzy ze stadami swoich kóz przechodzących przez ulice. Trochę to zabawne.

Na ammańskiej ulicy…

Kozy na ammańskiej ulicy…

Wzdłuż ulic pootwierane są najróżniejsze warsztaty z mnóstwem porozrzucanych w wielkim nieładzie rzeczy, które stwarzają wrażenie miejskiego śmietnika. To jest właśnie koloryt tego miasta. Olbrzymie ilości nagromadzonych opon i starych, wydawałoby się nikomu niepotrzebnych, przedmiotów.

W dzielnicy Abdah znajduje się najbardziej charakterystyczny z obiektów stolicy – pochodzący z lat 80. XX wieku meczet króla Abdullaha z ogromną błękitną kopułą. Aby wejść do środka trzeba przywdziać odpowiedni strój zakrywający ciało. Trzeba to trzeba! Szybko jednak pozbywamy się tych chust i niestety nie wchodzimy do środka (trwało nabożeństwo i musielibyśmy czekać).

Autorzy na tle meczetu króla Abdullaha w Ammanie.

Główne wejście do meczetu króla Abdullaha w Ammanie.

Boczne wejście do meczetu króla Abdullaha w Ammanie.

Włóczymy się po Ammanie

Michał:

Amman… miasto bliskowschodniej obfitości i przesytu. Jak przystało na stolicę- największe miasto Jordanii. To tu całe dziadostwo, jakiego spodziewać by się można po dużym arabskim mieście, wychodzi w pełni na jaw… Lecz aby go doświadczyć należy, tak jak my to uczyniliśmy, zapuścić się w boczne uliczki lub wręcz boczne uliczki bocznych uliczek. Główne ulice, te wielkomiejskie arterie, pełne pędzących aut, są jako tako uładzone, i gdyby pominąć przechodniów ubranych po arabsku (szczególnie kobiety w dużej częsci okryte od stóp do głów), to do złudzenia przypominają dowolne miasto w południowej Europie.

Zaułki Ammanu.

Jeden z lokali z kawą w Ammanie.

Jednak nie jesteśmy w Europie, i wystarczy zapuścić się w wąskie przejścia i uliczki, które licznie występują w Ammanie, i już się człowiek upewnia, że to jednak Bliski Wschód…

Włóczyliśmy się po mieście bez żadnego konkretnego celu, chłonęliśmy mijane budowle, ludzi i cały klimat jordańskiej stolicy. Przechodniów było zadziwiająco niewielu, z racji dnia wolnego (piątek) ludzie wolą siedzieć w domach lub iść do meczetów. Tak więc ruch nietypowo niewielki jak na stolicę… Sklepikarze jakby dostosowując się do świątecznego dnia, pozamykali wszystkie kramy i sklepiki. Tak więc włóczymy się po prawie opustoszałym mieście, w zadziwieniu odkrywając mniej uczęszczane zakamarki… i coraz bardziej głodniejąc.

Uliczne żarcie

Specjały jordańskiego jedzenia na ulicy…

W końcu- wybawienie burczących brzuchów. Natrafiamy na malutką piekarnię, która nie dość, że jest otwarta to jest wręcz oblegana przez miejscowych. Można kupić podłużne, płaskie pieczywo, jednak atrakcyjności posiłkowi nadają dopiero dodatki wyłożone na ladzie. Topione serki, malutkie przepiórcze jajka- które miejscowi wbijają na surowo do przeciętych chlebków i obłędnie ostra (i obłędnie aromatyczna) czerwona pasta paprykowa na oliwie z oliwek. Wszystko to popić można zsiadłym jogurtem w stylu arabskim.

W obawie przed rewelacjami żołądkowymi i salmonellą- rezygnujemy z jaj przepiórczych, jednak resztę składników nakładamy sobie bez żadnych ograniczeń. Gdy obawiamy się brudu i braku higieny przy spożywaniu posiłków- najlepiej jeść tak jak miejscowi. Nieprzypadkowo klientom oferuje się bardzo ostrą pastę… Przy warunkach higienicznych wołających o pomstę do nieba, pikantna pasta z ostrych papryczek, zawierająca nadmiar kapsaicyny, działa odkażająco na układ pokarmowy.

Tak więc zajadamy palące i piekące bebechy chlebki i nic nam nie jest. Gdybyśmy zbytnio przejmowali się higieną, to trzy czwarte rzeczy tutaj byłoby dla nas niedostępne. A tak (przy zachowaniu pewnej ostrożności) skarby ulicznego jedzenia stoją przed nami otworem!

Cukiernia z królewskimi tradycjami

Wejście do „królewskiej” cukierni.

Idąc dalej natrafiamy na bardzo przyjemnie i zachęcająco wyglądającą cukiernię. Jako że akurat przypada Dzień Kobiet, postanawiamy naszym kobitkom zafundować to i owo na słodko. W przytulnej cukierence poznajemy rodzinę Palestyńczyków, która prowadzi lokal już od trzech pokoleń. Dziadek właściciela uciekł z Palestyny wraz z zaprowadzeniem państwa Izrael. Ściany zapełniają historyczne zdjęcia, dyplomy uznania i artykuły powycinane z dawnych gazet.

Ściany cukierni są obwieszone wycinkami ze starych gazet, wspominających cukiernię…

Rodzinna cukiernia została doceniona przez samego poprzedniego króla Jordanii, bywali w niej również znamienici członkowie rodziny królewskiej.

Ojciec rodziny, prowadzący obecnie cukiernię, przygotowuje dla nas wraz z synem, który dopiero uczy się rodzinnego fachu- jordański słodki specjał, którym zajadał się tu obecny król Jordanii, gdy był jeszcze następcą tronu. Specjał przypomina trochę polskie faworki, syn właściciela smaży nasze porcje w głębokim tłuszczu, smak niepodobny do niczego, co znamy z Polski. Ojciec nie pozwala nam zapłacić- te słodycze dostajemy zupełnie za darmo, ot tak z gościnności i jako pretekst do opowiedzenia historii rodzinnej cukierni. My jednak chcemy uczcić Dzień Kobiet, więc zamawiamy jeszcze kilka rodzajów słodyczy, które pysznią się na wystawie.

Słodycze z okazji Dnia Kobiet.

Zupełnym przypadkiem trafiliśmy, jak się okazało, do jednej z najbardziej zasłużonych cukierni w mieście. Niepozorny wygląd skrywał ciekawą historię rodzinnego dziedzictwa. Gdyby interesowało Was Drodzy Czytelnicy, gdzie znajduje się ten cudowny przybytek słodyczy- to niestety nie potrafię wskazać Wam dokładnego położenia. Tego dnia złaziliśmy taki szmat drogi, że sam bym tam nie trafił po raz drugi…

Kolejne fazy przygotowania królewskiego specjału – specjalności zakładu.

Królewski specjał.

Jak wypoczywają ammańczycy…

Po słodkościach udaliśmy się w stronę ammańskiej Cytadeli. Idąc pod górę, moją uwagę przykuły liczne tarasiki widokowo-wypoczynkowe, zorganizowane na dachach budynków lub powciskane w wolną przestrzeń między zabudowaniami… Zabytki Cytadeli, ze względu na późną już porę były zamknięte, lecz było warto tam pójść tylko i wyłącznie by zobaczyć te bieda-tarasy. Jako miłośnik dziadostwa wszelakiego byłem ukontentowany, pomimo długiej drogi. Rozprute kanapy wkomponowane w betonową wylewkę, prowizoryczne stoliki ze starych meblościanek z ustawionymi kineskopowymi telewizorami oraz radio przymocowane sznurkiem i drutem do rachitycznego drzewka- oto jak wypoczywa się po pracy w Ammanie! A na dokładkę rury odprowadzające nieczystości z toalet wprost na chodnik, akurat nad głowy przechodniów, którzy nieopatrznie wybrali skróconą boczną drogę ze szczytu Cytadeli na główny plac miasta z amfiteatrem z czasów rzymskich…

Wspaniały wypoczynek po pracy…

Ammańska Cytadela i Amfiteatr

Renata:

Docieramy w końcu do reprezentacyjnego miejsca stolicy, czyli cytadeli, z której rozpościera się wspaniały widok na miasto. Naprawdę ładny. Widać stąd jak na dłoni centrum i inne charakterystyczne miejsca. Szczyt wzniesienia to jedno wielkie stanowisko archeologiczne. Są tu stanowiska rzymskie, bizantyjskie i islamskie.

Dzień chyli się ku końcowi, gdy docieramy do śródmieścia, w okolice teatru rzymskiego. I tu zaskoczenie – mnóstwo ludzi spacerujących, biegających, odwiedzających kawiarnie – jeden wielki chaos i kakafonia dźwięków. Teatr rzymski zrekonstruowany z elementami oryginalnymi jest wbudowany w zbocze wzgórza. Mieści ok. 6 tys. widzów, nadal służy jako sala plenerowa.

Dajemy się wciągnąć w ten rozbawiony tłum i również bawimy się wybornie.

Wrażenia ze stolicy Jordanii… miasto pełne sprzeczności, ale na pewno warte odwiedzin.

Ruiny Cytadeli w Ammanie.

Widoki na Amman ze wzgórza Cytadeli.

Widok ze wzgórza Cytadeli na ammański antyczny amfiteatr.

Amfiteatr o zmroku…

Jedziemy nad Morze Martwe

Renata:

Morze Martwe oddalone jest od Ammanu niespełna godzinę jazdy samochodem, musiało więc znaleźć się na naszej liście odwiedzin. Po dość długiej negocjacji dotyczącej ceny jedziemy taksówką z sympatycznym Jordańczykiem prosto nad Morze Martwe, które de facto wcale morzem nie jest. Suniemy drogą nr 40 i po lewej stronie podziwiamy Górę Nebo. To stąd Mojżesz zobaczył Ziemię Obiecaną, do której nigdy nie wszedł. To również miejsce śmierci Mojżesza. Nam także nie było dane wspiąć się na szczyt – za mało czasu. Tym razem musimy sobie odpuścić. Może następnym?

Podążamy wzdłuż brzegu szukając dogodnego miejsca na przystanek.

Czapy soli na plaży Morza Martwego.

Gdzie nie spojrzeć, sól…

Woda wysychając, zostawia sól…

Morze Martwe jest najniżej położonym miejscem na świecie. Głębokość depresji wynosi ok. 400m ppm. Zbiornik nie ma odpływu, mimo że uchodzą do niego wody z licznych systemów dużych dolin (droga leży wyżej).

Morze Martwe odgrywało ważną rolę w dziejach biblijnych, nawet kilka miejsc po obu brzegach akwenu kandyduje do roli „5 miast na równinie” tzn. Sodomy, Gomory, Seboim, Soaru i Aobny. Ta wiadomość dodaje dodatkowego smaku podróży.

To niezwykłe morze od wschodu otaczają góry biblijnych królestw Moabu,Ammonu i Edomu, a od zachodu pofałdowane wzgórza wokół Jerozolimy.

My jednak przybyliśmy tu, by popływać w gęstej, mlecznoniebieskiej wodzie. Popływać to brzmi dumnie – raczej się pounosić. Wchodząc do wody stąpa się po taflach soli, a na brzegu mnóstwo osadów i form solnych. Krajobraz trochę księżycowy- robi wrażenie!

Trudno opisać pierwszą moją impresję. Jako urodzona i wychowana nad Bałtykiem szukam podobieństw do „mojego” morza – ale ich brak. Nie ma muszli, ptaków, roślin – tylko sól,sól i sól. Trochę jak po jakiejś katastrofie, choć nie ukrywam, że widok jest niesamowity.

Po drugiej stronie Izrael, tam na pewno jest czyściej, bo tu po jordańskiej obok soli jest także sporo śmieci, co potęguje nieprzyjazność otoczenia.

Wody Morza Martwego… po drugiej stronie Izrael.

Woda morska jest gęsta i pienista od soli…

Woda jest ciepła i lepka (stężenie soli bliskie nasycenia), zanurzam nogi do kolan i uważam kąpiel za zaliczoną. Z naszej czwórki tylko Maciej leżąc na plecach daje się unosić wodzie, która ma dużą wyporność.

Morze Martwe to najzdrowsze miejsce na świecie, najstarsze spa i najstarsze uzdrowisko.

Kąpiel w Morzu Martwym

Autorzy nad Morzem Martwym

Michał:

Chcąc skorzystać z kąpieli w Morzu Martwym, trzeba mieć na uwadze, że od strony jordańskiej większość brzegu jest zajęta przez hotele wysokiej klasy i ogrodzona- wstęp tylko dla gości hotelowych… Budżetowi turyści i amatorzy kąpieli na dziko są niemile widziani.

Na szczęście taksówkarz zna miejsce (a jakże!), gdzie możemy dostać się na plażę (a przy okazji kupić coś na straganiku jego znajomych)…
Po drodze mijamy hałdy śmieci, jest tu ich pełno.

Już na plaży wiatr rozwiewa i przenosi foliowe worki i torebki. Plaża jest bardzo szeroka, na szczęście przy samym brzegu śmieci już nie ma.

Przy wejściu na plażę miejscowi zrobili wysypisko odpadów…

Sól miesza się z piaskiem i tworzy ciekawe warstwy.

Są za to zdumiewające formacje z wykrystalizowanej soli pomieszanej z piaskiem, omywane przez gęstą, niemal brejowatą wodę.

Gdy wracamy już do czekającej na nas przy drodze taksówki, znajomi taksówkarza się uaktywniają i proponują nam obmycie się pod natryskami (oczywiście po bardzo wygórowanej cenie).

Jednak oprócz Macieja, nikt z nas się nie zanurzał w całości i poradziliśmy sobie (łącznie z Maciejem) za pomocą dwóch butelek wody mineralnej.

Zresztą natryski, które oferowali nam usłużni koledzy taksówkarza, tylko przy olbrzymiej dobrej woli można by nazwać natryskami. Tak naprawdę były to klecie z dykty z doprowadzoną rurą, z której leciała woda

Musielibyśmy być mocno zdesperowani, żeby z nich skorzystać- i to jeszcze za cenę 10 dinarów od osoby (około 52 zł)…
Nie każdy turysta z Europy, wbrew temu co zdaje się lokalnym mieszkańcom, ma kieszenie wypchane euro i dinarami 😉

Jednakowoż Drogi Czytelniku, jeśli byś zawitał kiedyś do Ziemi Świętej i w twojej głowie postałoby by się wykąpać w Morzu Martwym- zważ, że po kąpieli jakiekolwiek obmycie się, nawet takie prowizoryczne jak nasze- jest niezbędne. Po kąpieli woda wyparowuje a na skórze zostaje uporczywy osad z soli. Chodzić z taką skorupą na skórze byłoby grubym nietaktem. Nie wspominając już o tym, że jest to niewygodne…

W oddali niknie Beduin na wielbłądzie… Plaża Morza Martwego.

Pustynna autostrada

Renata:

Ten równoległy do słynnej Drogi Królewskiej szlak został wytyczony w XIV wieku za panowania dynastii osmańskiej. Obecnie jest alternatywą dla pełnej zabytków podróży Drogą Królewską, jej zaletą jest szybszy przejazd. Podróżowaliśmy nią z pustyni Wadi Rum do Akaby nad Morzem Czerwonym… Zadziwił fakt, że na autostradzie są pomiędzy jezdniami miejsca do zawrócenia na drugą jezdnię… Nasz kierowca w pewnym momencie, by ominąć zator na naszej jedni, skorzystał z takiej zawrotki, ale wcale nie zawrócił, tylko wjechał na przeciwległą jezdnię i na odcinku ponad kilometra (do kolejnego miejsca zawrotki) jechał pod prąd! Widocznie takie zachowania są w Jordanii normalne, bo nikt nie robi problemu.

Widoki zza szyby w czasie jazdy…

Akaba (Aquaba)- jedyny jordański kurort nad Morzem Czerwonym

Morze Czerwone, w tle Akaba.

Nowoczesna ulica w centrum Akaby.

Na tle pustynnej reszty kraju, Akaba jawi się jako oaza pełna wody…

Na ulicy można zamówić kawę zaparzaną w gorącym piasku.

Renata:

Akaba- jedyne jordańskie okno na świat- leży u nasady zatoki o tej samej nazwie. Otoczona jest jałowym masywem różowych i beżowych gór. Dwadzieścia kilometrów piaszczystych plaż wzdłuż wybrzeża Jordanii ciągnie się aż do granicy z Arabią Saudyjską. Można stąd obserwować aż 4 kraje: Izrael, Egipt, Arabię Saudyjską i Jordanię.

Dla przybywających, dla mnie także, bliskość Akaby i izraelskiego Eljatu jest trochę zaskoczeniem. W nocy światła obu miast stapiają się w jeden łuk, aczkolwiek te z przeciwnej strony są wyraźnie jaśniejsze.

Dzieje Akaby sięgają czasów biblijnych. Według Starego Testamentu, król Salomon zbudował bazę morską w miejscu oddalonym o 3 km na północ od współczesnej Akaby przy granicy jordańsko-izraelskiej. Pozostałości Ajli, średniowiecznej poprzedniczki Akaby, oglądaliśmy spacerując po oznakowanym szlaku prowadzącym po otoczonym niegdyś wysokim murem mieście.

Ruiny Ajli – średniowiecznej Akaby.

Wypoczynek nad Morzem Czerwonym

Muzułmanki do morza wchodzą w ubraniach…

Ale Akaba to przede wszystkim wypoczynek nad Morzem Czerwonym. Panują tu znakomite warunki do nurkowania. Woda w morzu jest czysta i pulsuje w niej fascynujące życie morskich stworzeń. Wybraliśmy się na rejs stateczkiem ze szklanym dnem by podziwiać przybrzeżną rafę koralową. Fajna przygoda, a zarazem niezapomniane piękno podwodnego świata.

Tuż przy głównej plaży do spacerowego bulwaru nadmorskiego przylegają małe ogródki zasiane rzodkiewką… Ludzie pielący grządki tuż przy plaży zrobili na mnie duże, choć nieco surrealistyczne wrażenie.

Działki z rzodkiewką przy plaży w Akabie.

Pielenie grządek z rzodkiewką tuż przy plaży…

Plaża w Akabie.

Łodzie ze szklanym dnem zabierają chętnych na oglądanie rafy koralowej…

Oglądanie rafy koralowej z pokładu łodzi.

Rafa koralowa uchwycona przez szklane dno łodzi…

Zatopiony czołg obrosły rafą koralową…

Michał:

Gdy mówimy o plaży w Akabie, na mnie najdziwniejsze wrażenie zrobił wielki metalowy szyld u wejścia głównego na plażę… Wielkimi literami po arabsku i angielsku informował turystów, że za wnoszenie i składowanie na plaży odpadów radioaktywnych, grozi surowa grzywna 100 tysięcy dinarów i kara pozbawienia wolności do 5 lat. Na szczęście my akurat nie mieliśmy przy sobie żadnych materiałów radioaktywnych, więc mogliśmy spacerować ze spokojem.

Renata:

Morze Czerwone to również miejsce przejścia Izraelitów podczas ucieczki z Egiptu. Najprawdopodobniej tym miejscem była Zatoka Akaba. Pływając w ciepłym morzu miałam nieodparte wrażenie że znajduję się w tym historycznym miejscu. Zrobiliśmy nawet sobie z Michałem symboliczne zdjęcie w miejscu, gdzie starotestamentowi Izraelici najprawdopodobniej wyszli na suchy ląd, uciekając przed wojskami faraona.

Symboliczne miejsce wyjścia starotestamentowych Izraelitów na suchy ląd.

Targowisko w Akabie

Renata:

W Akabie warte uwagi jest również targowisko. Wielki chaos, bałagan i morze towarów. Czego tu nie ma… przyprawy, zioła, warzywa, mięso i różne ziołowe mieszanki w wielkich workach…
Każdy ze sprzedawców głośno zaprasza do swojego kramu a niektórzy robią to w wielu językach, widząc turystów z Europy. Gdy już damy się namówić na prezentację towarów na jakimś kramiku, poczęstowani zostaniemy herbatą w małych szklaneczkach. Trzeba jednak pamiętać, że wikłając się w taką sytuację, będzie od nas oczekiwane, że w końcu coś kupimy… My jednak chcieliśmy kupić jak najwięcej egzotycznych przypraw, by zabrać je do domu- tak więc daliśmy się namówić sympatycznemu sprzedawcy. Okazało się, że umiał on powiedzieć nawet kilka gładkich zdań po polsku- widać nie byliśmy pierwszymi Polakami, którzy kupowali na jego straganie…

Stoisko rybne na targowisku w Akabie.

Stoisko mięsne na targowisku w Akabie.

Na wystawie kozina…

Przetwory na targowisku w Akabie.

Przyprawy na targowisku w Akabie.

Michał:

Gdy szliśmy na targowisko, w pełnym zaułku zauważyliśmy dość kuriozalną „salę kinową”. W zagłębieniu ustawiono kilkanaście krzeseł, wszystkie zwrócone w kierunku nietypowego ekranu. Na murze zamontowano metalową szafkę, kryjącą dosyć duży kineskopowy telewizor.
Telewizor zabezpieczony był łańcuchami, by nikt nie odważył się go ukraść.
Wieczorem, gdy wracaliśmy z targowiska, ta kuriozalna sala kinowa tętniła życiem- pełna była mężczyzn, rozemocjonowanych grami z podpiętej do archaicznego telewizora konsoli do gier.

Lokalne centrum rozrywki…

Sklepy monopolowe w Akabie

Michał:

Akaba, ze względu na przynależność do specjalnej i wydzielonej strefy ekonomicznej, jest miastem o największym zagęszczeniu sklepów monopolowych w Jordanii…

Ceny alkoholi są tu najkorzystniejsze (choć ze względu na islamskość kraju i tak dość wygórowane) w całym kraju. Wybór też jest największy. Powracając z okolic Akaby na północ przejść trzeba kontrolę celną (w związku z wydzieloną strefą ekonomiczną).

Rdzennym trunkiem wysokoprocentowym jest arak (anyżówka), dostępny w woltażu od 60 do 40 %. W Jordanii produkowane są również wina, lecz ich stosunek cena/jakość pozostawia wiele do życzenia…

Butelka araku- lokalnego trunku wysokoprocentowego.

Lokalne jordańskie wina w sklepie monopolowym w Akabie.

© : Michał i Renata – blog podróżniczy Dwa Ślady